czwartek, 24 października 2013

Rozdział 27 - " Bądź ze mną i dalej sprawiaj, żebym chciał z każdym dniem pokochać cię jeszcze mocniej."

Rok 2008, czerwiec



Weronika.

Siedzę razem z Karoliną, Agą i Lenką w ogrodzie naszego domu. Mama z panią Marzeną przygotowują obiad w naszej kuchni, a tato z panem Darkiem i Pawłem wywiali do monopolowego po jakieś dobre winko, żeby uczcić okazję. Sama nawet nie wiem jaką, ale czuje, że to coś związanego z Agą. Chodzi cała uśmiechnięta i co chwile odpisuje na SMS-y od Marcina. Oczywiście nasz kochany braciszek też nie może powiedzieć o co chodzi. Ale już za parę godzin dowiemy się, o co chodzi. Marcin ma być lada chwila w domu, a chłopaki dopiero po porannym treningu na zgrupowaniu.


Po pojawianiu się piłkarza, Aga nie mogła się od niego oderwać. Cały czas coś do siebie szeptali i uśmiechali się do wszystkich. Mając już dosyć tej słodkości, poszłam do swojego pokoju i zaczęłam słuchać płyty poleconej przez Lenę. Zamknęłam oczy i słuchałam tego, co płynęło z głośników mojej wieży. Oczami wyobraźni widziałam samą siebie za kilka lat. Roześmianą kobietę, która bawi się w jesiennych parkowych liściach z dwójką swoich niebieskookich dzieci, by po chwili sama leżeć w takich liściach i wpatrywać się w roześmiane oczy swojego męża. 

- Jestem...
- Michał? - od razu zrywam się z łóżka i biegnę do niego, stojącego w drzwiach pokoju. Nie pozwala mu na powiedzenie czegokolwiek innego, lecz ciągnę go na miękki materac. Popycham go do tyłu, a sama kładę się tuż obok i zerkam w jego oczy. - Tęskniłam za Tobą - całujesz go mocno w usta.
- Weronika... Kocham cię.
- Przestań gadać, tylko mnie pocałuj...

Robi to, o co go proszę. Delikatnie muska moje spragnione usta, chcąc zatrzymać nas oboje w tej chwili jak najdłużej się da, lecz oboje wiemy, że na dole czekają nasi bliscy i wszystko to, co siedzi głęboko w nas, musi zaczekać do wieczora.


Mariusz.

Poinformowany przez twoją mamę, że siedzisz w ogrodzie na wielkiej huśtawce, udaję się tam i widzę cię. Lekko się uśmiechasz, masz zamknięte oczy, cicho nucisz jakąś nieznaną mi melodię. Twoja włosy zwisają w dół, wiatr podwiewa letnią sukienkę, słońce ogrzewa twoją twarz. Jesteś po prostu piękna. Jesteś moja... Podchodzę do klombu z kwiatami. Zrywam jedną stokrotkę. Podchodzę z nią do ciebie. Delikatnie muskam nią twój policzek.

- Wstawaj, moja księżniczko - szepczę do twojego ucha. - Jesteś piękna...
- Mariusz?
- Tak?
- Zamiast pieprzyć farmazony, po prostu mnie pocałuj - otwierasz oczy i zsuwasz się na ziemię, zrównując się ze mną. 
- Kocham cię...

Przysysam się do twoich ust i nie potrafię przestać. Nie myślę o jutrzejszym powrocie do Spały, o kolejnych morderczych treningach, o godzinach spędzonych na hali. Myślę tylko o całkowitej pewności, że to właśnie ty jesteś tą jedyną. Marzę o tym, byś została moją żoną. Niechętnie odrywam się od twoich warg i proponuje spacer. Zgadzasz się od razu i po chwili spacerujemy już łódzkimi uliczkami. 

Nawet na chwilę nie wypuszczam twojej dłoni ze swojego uścisku. Idziesz przed siebie, a ja podążam za tobą, całkowicie ci ufając. Znajdujemy się obok wielkiej fontanny, przy której jest pełno ludzi. Bez wahania wchodzisz na murek i chodzisz po nim, a ja trzymam cię na rękę. Śmiejesz się. Jesteś szczęśliwa, a ja pragnę, byś była jeszcze bardziej. Pragnę, byś była ze mną już na zawsze.

- Karolina? - szepczę, gdy siedzisz już spokojnie na brzegu fontanny i wpatrujesz się w biegające wokół nas dzieci. - Wyjdziesz za mnie? - klękam przed tobą, wzbudzając sensację zgromadzonych ludzi. W końcu nie zawsze widzi się oświadczającego się sławnego siatkarza.
- Ale... Mariusz...
- Wiem, że to pewnie za wcześnie, że oboje jesteśmy jeszcze młodzi, że najpierw praca potem rodzina... Ale wiesz, co? Cholernie cię kocham i chcę, byś każdego następnego dnia była już ze mną związana, żebyś chciała założyć ze mną prawdziwą rodzinę... Kocham cię po prostu...
- Myślałam, że nigdy mi tego nie powiesz - uśmiechasz się. - Oczywiście, że za ciebie wyjdę... Kocham cię i nie zamierzam przestać - przytulasz się do mnie.
- Gorzko, gorzko! - rozbrzmiewa wokół nas razem z gromkimi brawami, ale ja widzę tylko ciebie, moją przyszłą żonę.


Paweł.

Z całego domu i ogrodu wszyscy jakby pouciekali, bo wszędzie zrobiło się strasznie cicho. Młodzi Wojciechowscy zamknięci w pokoju Marcina, ja z Lenką w salonie, Werka z Michałem na górze, rodzice moi i Agi oraz sami gospodarze dyskutujący cicho w ogrodzie. Mariusz porwał Karolinę na jakiś spacer. Wielki rodzinny dom jakby zamilkł, czekając na radosne chwile. Marcin nie wytrzymał i powiedział mi wczoraj, co jest tą okazją do opicia. Z resztą nie zdziwiło mnie to, bo widziałem już, że moja siostra unika alkoholu. Przyjaciel potwierdził tylko moje prorokowania. Czyli życzenia z wieczoru kawalerskiego się spełniły.

Sam dziwię się temu wszystkiemu, co dzieje się ostatnio w naszych rodzinach. Jeszcze dwa lata temu mój przyjaciel i siostra nie potrafili powiedzieć sobie tego, że nadal się kochają. Karolina była wykorzystywana przez Filipa. Weronika tkwiła w toksycznym związku, a ja sam nie miałem żadnych celów w życiu. To dzięki pewnym wydarzeniom sprzed tych kilkudziesięciu miesięcy każdy z naszej paczki wreszcie jest szczęśliwy.

- O czym tak myślisz?
- O tym, że teraz wreszcie wszystko jest tak, jak być powinno. Marcin ożenił się z Agą. Karolina znalazła wreszcie prawdziwą miłość Przy Mariuszu. Weronika zakochała się w twoim bracia, a ja sam znalazłem ciebie i mój świat odzyskał barwy. 
- Wiesz, że dziękuję Bogu za to, że wtedy się pojawiłeś. Gdyby nie ty, już nigdy nie potrafiłabym się uśmiechnąć... Dziękuję - składasz delikatny pocałunek na moich ustach.
- Nie dziękuj. Bądź ze mną i dalej sprawiaj, żebym chciał z każdym dniem pokochać cię jeszcze mocniej.


Agnieszka.

Nie mogę uwierzyć w to, że przez tak krótki czas tak wiele mogło zmienić się w moim życiu. Wieczorem, kiedy zamknę oczy, myślę, ze to wszystko to sen, z którego pewnego dnie brutalnie się obudzę. Ale tak się nie dzieje. Wszystko nadal trwa i staje się coraz to szczęśliwszą bajką. Każdy następny dzień jest jeszcze większym szczęściem niż ten poprzedni. Dwa lata sprawiły, że zostałam żoną, a w przyszłości zostanę również matką dziecka mężczyzny, który przez całe moje dotychczasowe życie gościł w moim sercu.

- Marcin, skocz na dół po coś słodkiego.
- Chcesz, żeby wszyscy się domyślili przed czasem?
- Moja wina, że mam zachcianki? - wystawiam mu język i delikatnie muskam jego usta.
- Moja wina, że cię tak bardzo kocham?
- Po części tak, bo teraz zrobisz dla mnie wszystko... No leć już, głodna jestem.

Zostaję sama w jego dawnym pokoju, w którym w przeszłości przesiadywałam całe godziny. Kiedyś wszystko było tajemnica, a teraz mogę legalnie spać w tym łóżku. Mogę legalnie mówić wszystkim na około, jak mocno go kocham. Od pewnego zeszłorocznego sierpniowego dnia zmieniło się całe moje życie. Po ślubie nadal mieszkaliśmy osobno. Marcin nadal w Londynie, ja nadal w Łodzi. Na szczęście od sierpnia tego roku będziemy już razem. Skończyłam studia, a teraz najważniejsza będzie ta mała istotka, która przyjdzie na świat za siedem miesięcy. 

- Marcin... Dziękuję, że się nie poddałeś...
- To ja dziękuję, że mi wybaczyłaś... Kocham cię...


Dzisiejszy dzień jest bardzo wyjątkowy. Cały dom państwa Wojciechowskich tryska radością. Cała rodzina zasiada przy dużym stole w ogrodzie i zajada się pysznościami przygotowanymi przez panią Anie i Marzenę. Mięsa na grillu doglądają pan Tadeusz z panem Darkiem a ich szczęśliwe dzieci śmieją się z opowiadanych anegdot. Szczęśliwi rodzice mało co nie płaczą, widząc, jak ich dzieci wreszcie kierują się na właściwe tory i dorastają do najważniejszych decyzji w życiu  Wspominają chwile, gdy siedzące obok pociechy ze swoimi drugimi połówkami były jeszcze małymi berbeciami i robiły w pieluchy. 

Młode małżeństwo wymienia się jednoznacznymi spojrzeniami. Oboje chcą wyrazić swoją radość z zaistniałego faktu ciąży Agnieszki. Jeszcze chwila. Jeden kęs obiadu. Oboje naprowadzają towarzystwo na temat dzieci, by w jednej krótkiej chwili wypowiedzieć magiczne słowa, dla przyszłych babć, dziadków, cioć i wujków.

- Chcielibyśmy wam powiedzieć... - zaczyna chłopak, lecz nie potrafi dokończyć.
- Za około siedem miesięcy przyjdzie na świat nasze dziecko - oboje emanują szczęściem, które udziela się wszystkim wokół.

Pierwszy wujek małego szkraba razem ze swoją dziewczyną radośnie spoglądają na siebie, zdając sobie sprawę, że i oni chcieliby w przyszłości razem założyć rodzinę i spodziewać się małej kruszynki, która zawładnęłaby ich światem. Pod stołem mocno ściskają swoje dłonie, niejako składając obietnicę, że kiedyś ich marzenia staną się rzeczywistością. Oni wiedzą już, że za kilka lat staną na ślubnym kobiercu, by potem trzymać w ramionach małe kruszynki. 

Lecz są jeszcze dwie osoby, które mają bardzo wiele do powiedzenia. Młoda dziennikarka nie potrafi powstrzymać się przed tym, by nie pokazywać widniejącego na jej serdecznym palcu pięknego pierścionka z bordowym oczkiem. Siatkarz natomiast nie potrafi opanować swojego gigantycznego uśmiechu, gdy tylko spojrzy na swoją już narzeczoną. Po chwili oboje wstają ze swoich miejsc, by ogłosić kolejną już radosną nowinę dzisiejszego dnia.

- Bo widzicie, my też chcemy wam coś powiedzieć... - zaczyna córka sławnego niegdyś piłkarza.
- Może i wy się dziecka spodziewacie. Tadek, pomyśl, jakie to by było szczęście - wzrusza się przyszła teściowa siatkarza.
- Nie... Chodzi o to, że chciałbym oficjalnie prosić państwo o rękę Karoliny - Mariusz uśmiecha się przyjaźnie, czekając na odpowiedź, której jest niemal pewny.
- Witaj w rodzinie, synu - mówi ojciec dziewczyny. - Lecz jeśli cokolwiek zrobisz, a ona będzie płakać, to wiedz, że inaczej pogadamy - żartuje uderzając chłopaka lekko w ramie.

Na skraju stołu siedzą również zakochani, którzy ceremonię zaręczyn mają już za sobą. Ba! Jeszcze rok temu planowali, że ich ślub odbędzie się we wrześniu tego roku, lecz teraz wiedzą, że jeszcze nie są na to gotowi. Oboje potrzebuję wolności, która sprawia, że tęsknią za sobą jeszcze bardziej. Oni żadnych niespodzianek w najbliższym czasie nie przewidują. Wiedzą jedynie to, że najbliższy rok wcale nie będzie dla nich łatwy. Michał we Włoszek, a Weronika we Francji. Oboje zamierzają realizować na razie swoją karierę.

- Ktoś coś jeszcze ma do powiedzenia? - pyta, pilnujący mięsa na grillu pan Darek. - Bo mi tu mięso już doszło i może by ktoś chciał skosztować - śmieje się radośnie. 

Nikt ze zgromadzonych nie spodziewał się, że pierwszy czerwca dwutysięcznego ósmego roku będzie tak obfitował w radosne nowiny...

~*~*~

Ta ostatnia część strasznie pasuje mi na epilog, ale mam jeszcze za dużo pomysłów, by kończyć ;)
Przepraszam za to, że olewam" tą historię. 
Bardzo bym chciała, żeby było inaczej, lecz po prostu nie mam teraz na tyle czasu, by pisać tu rozdziały, które wymagają ode mnie zdecydowanie więcej  niż te na innych blogach. W Listopadzie wszystko powinno się już unormować ;)
Pozdrawiam serdecznie, 
Dzuzeppe :*

wtorek, 8 października 2013

Rozdział 26 - Nie możesz ukryć tego, że nadal jestem dla ciebie ważny.


Agnieszka.

Dwudziesty piąty sierpień 2007 rok. Dzień mojego ślubu. Z tą myślą otwieram oczy i wpatruję się w bielusieńką suknię ślubną, którą założę na siebie już za kilka godzin. Dziś zostanę żoną Marcina, najważniejszego mężczyzny mojego życia. Był ze mną od zawsze. To z nim bawiłam się w piaskownicy. To z nim i jego siostrami jeździłam na wakacje czy kolonie. To jemu żaliłam się, gdy jakiś chłopak mnie zranił, by potem cieszyć się, gdy powiedział, że przywalił mojej miłostce. To ze mną poszedł na swoją własną studniówkę. To jemu moi rodzice pozwolili iść ze mną na moją własną studniówkę. To z nim pierwszy raz poznałam prawdziwą przyjemność, płynącą prosto z serca.

Następne trzy godziny spędzam poza domem, w salonie kosmetycznym razem z dziewczynami, mamą i przyszłą teściową. Żeby dostać się na miejsce musiałyśmy jechać dwoma samochodami, ale było warto. Moja teściowa poszła do siebie i próbuje "okiełznać zdenerwowanego i trzęsącego się jak galareta, Marcina", rodzice dopracowują ostatnie szczegóły przy okazji samemu kompletując strój, a wystrojone dziewczyny siedzą u mnie w pokoju i pomagają mi w założeniu sukni. Kiedy każdy jest już gotowy schodzimy na dół i czekamy na sygnał, oznajmujący przybycie mojego przyszłego męża, jego świadka i moich teściów. Dom pęka w szwach. Babcie płaczą sobie w ramiona nie mogąc doczekać się już przyjazdu ich rodzonego lub dopiero co przygarniętego wnuka, dziadkowie żartują sobie z wujkami, a ciocie plotkują o czym popadnie.

- Jadą. - wydziera się Lenka, a my wszyscy doprowadzamy się do porządku.

Nie rejestruję momentu przekroczenia progu przez Marcina i jego rodzinę. Nie zapamiętuje, jakimi słowami się witamy. Nie liczą się dla mnie wszystkie zgromadzone osoby, lecz jedynie on. Robię dokładnie to, co on. Mówię to samo co on. Patrzę jedynie w jego zielone oczy i wiem, że to one będą prowadzić mnie przez dalsze życie.


Mariusz.

Nigdy nie przypuszczałem, że polubię śluby. Nigdy nie myślałem nawet, że po rozstaniu z Ewą będę w stanie poznać kogoś tak wartościowego i poczuć, że mogę być jeszcze szczęśliwy. Nie wierzyłem, że jeszcze kiedyś znowu się na prawdę zakocham. Nie marzyłem nawet o tym, bo codziennie rano budzić i zasypiać się obok osoby, która powoli staje się dla mnie najważniejsza na świecie. Nie sądziłem, że w tym momencie będę jednym z najszczęśliwszych ludzi w swoim otoczeniu, że będę stał za Tobą i obejmował ramionami, muskając kark. Nie przypuszczałem  że mogę cię tak mocno pokochać.

- Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską... - widzę jak obojgu przyszłym państwu Wojciechowskim szklą się oczy oraz słyszę, jak drgają im głowy. Kochają się. - Oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci... - te słowa wypowiadam i ja, szepcząc wprost do ucha Karolinie. 
- Kocham cię Mariusz - słyszę jedynie cichą odpowiedź  i czuję jej delikatne usta na swoich, by po chwili usłyszeć coś, co sprawia, że moje serce chcę wyrwać się ze mnie i pokazać, jak bardzo ją kocham. - W najbliższej przyszłości chcę stać tam gdzie Aga z Marcinem i ślubować ci swoją miłość...

Nie interesuje mnie już dalszy przebieg ceremonii. Patrzę tylko co chwilę w twoje ciemne iskrzące oczy i coraz bardziej się w nich zatracam. Doskonale wiem, że już nigdy nie będzie tak jak było. Nigdy nikogo już nie pokocham tak, jak teraz kocham ciebie. Nikt nie zawładnie moim umysłem, ciałem, sercem tak, jak niejaka Karolina Wojciechowska, wspaniała dziennikarka, idealna kobieta, a przede wszystkim moja dziewczyna.


Lena. 

Dopiero teraz wiem, jak powinno wyglądać życie. Dopiero teraz czuję, że jestem na właściwym etapie życia, którego nie mogę niczym już spieprzyć. Dopiero teraz rozumiem, jak to jest być na prawdę szczęśliwie zakochaną osobą, która jest pewna, że osoba obok jest tą najważniejszą i najbliższą sercu. Dopiero teraz dojrzała do tego, by móc wypowiedzieć te dwa magiczne słowa, które nie padły jeszcze tak całkowicie szczerze z moich ust w stronę jakiegoś mężczyzny. Dopiero teraz dorosłam, by być z kimś i czuć, że to może się udać.

Wpatruje się w ciebie. Widzę jaki jesteś szczęśliwy powodu ślubu siostry, ciesząc się jej szczęściem. W końcu to ty niejako zbliżyłeś ich do siebie. To ty w przeszłości kazałeś swojemu najlepszemu przyjacielowi zaprosić na studniówkę siostrę, bo wiedziałeś, że tylko ona może być dla niego odpowiednią dziewczyną i skrycie liczyłeś na to, że to co dzieje się w tej chwili, nastąpi. śmiejesz się do zdjęć, obejmujesz mnie, całując delikatnie w policzek, szepcząc, że mnie kochasz. Jesteś całkowicie mój. Wiesz, że uzależniłeś się ode mnie, ale nie wiesz, ze ja czuje to samo. 

Na sali zaczyna formować się koło z zebranych gości, a Para młoda staje na środku w prowizorycznym sercu ułożonym z masy kwiatów. Zarówno Adze jak i Marcinowi świecą się oczy i śmieją się usta. Oboje widzą tylko siebie. A ja? Ja widzę tylko twoje oczy i uśmiech na twarzy. Jesteś mężczyzną z moich marzeń, jesteś taki, jakim sobie ciebie wymarzyłam. Często śnię o Tobie, o nas. Dzięki tobie jeszcze żyją i czuję się spełniona.

- Paweł... Kocham cię.


Marcin.

Stoisz tuż obok mnie. Na środku parkietu. Tylko ty i ja. Inni tylko nam towarzyszą. Nie liczą się dla nas. Patrzę w twoje oczy. Śmieją się. Do mnie. Przytulam się do ciebie. Pozwalam, byś położyła głowę na moim ramieniu. Sam przymykam lekko oczy i pozwalam, by to muzyka nas niosła. Nie mamy żadnego układy choreograficznego. Nie chodziliśmy do szkoły tańca. Nam to nie jest potrzebne. Wystarczy muzyka i my, razem.

Każda osoba wokół nas jest zwyczajna, przeciętna, taka jak wszyscy inni. My jesteśmy wyjątkowi. Świecimy blaskiem przyciemnionego światła. Mienimy się w brokacie sypiącym się z góry. Migamy w bocznych lustrach, które nadają pałacowy klimat. Uśmiechamy się, wirując w tańcu. Nie widzą twarzy zgromadzonych gości. Widzę ciebie. Twoje oczy, które mienią się różnorakimi kolorami, usta, w które mam ochotę się wpić i pozostać tak do końca życia, rumieńce na policzkach, które sam wywołuję, sukienkę, którą chcę już delikatnie opuścić w dół i kochać się z Tobą po raz pierwszy jako małżeństwo. 

- Warto było przez ciebie cierpieć - szepczesz.
- Warto było wyjechać i zrozumieć, że jesteś najważniejsza.
- Obiecaj, że nawet jeśli nie będziemy już razem, to nigdy mnie nie okłamiesz, proszę.
- Obiecaj, że nigdy nie pozwolisz mi zwątpić.
- Kocham cię - wypowiadamy razem i całujemy się ten pierwszy raz w małżeńskim tańcu.

Warto było przeprowadzić się do Łodzi. Warto było jeździć na rodzinne wakacje razem z sąsiadami. Warto było męczyć się z upierdliwym przyjacielem. Warto było katować się na treningach. Warto było zacisnąć zęby i walczyć do końca. Warto było związać się z tobą kilka lat temu, by potem wyjechać. Warto było nadal śledzić, co u ciebie. Warto było udawać, że jesteś tylko przyjaciółką moich sióstr. Warto było cierpieć w Niemczech, w Londynie, by teraz wreszcie być szczęśliwy. To wszystko było warte tego, co mam teraz. Mam ciebie, gram, jestem cholernie szczęśliwym człowiekiem


Michał.

Dzień ślubu. To dziś po raz pierwszy od trzech miesięcy widzą ją na żywo. To dziś mam okazję, by spróbować to wszystko naprawić, by wreszcie powiedzieć to, co czuję i dać sobie szansę na szczęście. Całe moje dalsze życie zależy od dzisiejszej rozmowy. A ty? Stoisz kilka metrów przede mną jako świadkowa Agi i uśmiechasz się do wszystkich dookoła. Może właśnie teraz jesteś szczęśliwa i nie potrzebujesz już mnie. Może masz już kogoś innego, który jest przy tobie i wspiera w odgrywaniu roli. Może ten ktoś nie będzie taki głupi jak ja i nie pozwoli, by najważniejsza osoba w jego życiu tak po prostu zniknęła i stała ci się obca. A może jednak coś jeszcze do mnie czujesz?

Siedzisz przy stole dla Młodych i ich świadków i wpatrujesz się w jedzenie. Jako jedna z nielicznych nie brylujesz na parkiecie. Co z tego, że starasz się uśmiechać, skoro nie wychodzi ci to. Ty grasz szczęśliwą. Ja potrafię to rozpoznać. Ignorujesz zaczepki z prośbą o taniec innych mężczyzn. Puszczasz mimo uszu ciche rozmowy na twój temat. Nie obchodzą cię krzywe spojrzenia ciotek, kuzynek, obcych ci osób.  Zadowala cię jedynie obecność winogronu na półmisku z owocami przed oczyma. Najchętniej zapewne zaszyłabyś się teraz w jednym z kilkudziesięciu pokoi na górze, lecz musisz pełnić swoje obowiązki. Za dobrze cię znam, żeby uwierzyć, że tak na prawdę wszystko jest w porządku.

Ale ja robię to samo. Najchętniej poszedłbym na spacer. Spacer po ogrodzie razem z Tobą u boku. Podnoszę się ze swojego miejsca z drugiego końca stołu dla Nowożeńców,  gdzie siedzę obok siostry i idę w twoim kierunku. Nie podnosisz nawet głowy, gdy siadam obok i uparcie   wpatruję się w ciebie. Nie reagujesz ruchowo, lecz rumienisz się. To zawsze cię zdradzało. Nie potrafisz ukryć tego, jak twój organizm reaguje na mnie. Nie potrafisz zahamować dreszczu biegnącego wzdłuż kręgosłupa, gdy delikatnie jedynie muskam skórę twojej dłoni obuszkiem palca. Nie możesz ukryć tego, że nadal jestem dla ciebie ważny.

- Możemy zatańczyć? - wyduszam po chwili, gdy nadal nie masz zamiaru spojrzeć na mnie. - Weronika, proszę... - Zmuszam cię do patrzenia prosto w moje oczy, podnosząc podbródek i obracając do siebie. Pochylam się i opieram swoje czoło o twoje, przymykając oczy. - Daj mi szanse...
- To ja powinnam o to prosić, a nie ty, Michał... Ty poczułeś się zraniony, a to ja wszystko spieprzyłam... Nie chcę dalej tak żyć... Nie chcę codziennie budzić się sama, nie chcę szukać ręką twojego ciała codziennie rano, nie chcę śnić każdej nocy o tobie, nie chcę marzyć o przyszłości, nie chcę wyobrażać sobie dziecka z najcudowniejszymi niebieskimi oczami na świecie... Michał, ja chcę to przeżyć... Z tobą... Nawet jeśli będziemy żyć na walizkach i w różnych częściach Europy... Kocham cię.

Wszystko, co chcę w tym momencie powiedzieć, nie ma sensu. Każde moje słowo mogłoby wszystko zepsuć. Każdy zły ruch może pogorszyć to co jest.  Moje wywody na temat tego, jak bardzo ją kocham, nie mają sensu. Ty to wiesz. Jedyne co mogę i powinienem zrobić to to, co właśnie się dzieje. Przyciągam twoją twarz do swojej i miażdżę twoje wargi, nie zwracają uwagi na to, że większość gości znowu lokalizuje się na swoich miejscach siedzących. Liczy się tylko to, byś zrozumiała, że poświęcę wszystko, by tylko mieć cię przy sobie.

- Gorzko! Gorzko! Gorzko! - rozbrzmiewa na sali, a my wiemy, że nie jest skierowane w stronę Pary Młodej, zasiadającej obok nas.


~*~*~
Cześć :) 
Wesele się odbyło, teraz można coś zepsuć ;p
Nie no na razie nic nie przewiduję, oprócz jakiś skoków w przyszłość. 
Nie wiem, czy kiedyś mówiłam, ale epilog mam zaplanowany, że wydarzy się w 2014, a mamy dopiero sierpień 2007 :P
Akcja się przyspieszy :D
Buziaki,
Dzuzeppe :*
Ps. Za literówki przepraszam ;)

czwartek, 26 września 2013

Rozdział 25 - "Już na zawsze będziemy was kochać, nasze przyszłe żoneczki!!!"

Lena

Za nami już prawie całe wakacje. Równo trzy miesiące od wypadku, które dały mi wiele czasu do myślenia. Te chwile, które przeleżałam nieruchoma w szpitalnym łóżku wpatrując się w sufit uświadomiły mi bardzo wiele. Te godziny twojego przesiadywania na niewygodnym szpitalnym stołku sprawiły, że teraz dopiero jestem w 100 % pewna czego chcę. Dopiero teraz zrozumiałam, czego tak na prawdę pragnie moje serce. Ostatecznie wiem, o co mam walczyć.

Na moim ciele nadal są ślady po bliznach, zadrapaniach i operacji złamanej ręki, a dodatkowo nogi i dwóch żeber. Miałam ogromne szczęście w tym całym pechu. Doskonale pamiętam te wszystkie słowa przez ciebie wypowiadane, gdy płakałeś przy moim łóżku. Doskonale pamiętam twój dotyk i ściskanie mojej dłoni. Doskonale pamiętam moment, gdy otworzyłam oczy i widziałam tylko twoją głowę, opierającą się o łóżko tuż obok mojej. Doskonale pamiętam, jak po twoim przebudzeniu przybliżyłeś się, delikatnie pocałowałeś i wyszeptałeś "dobrze, że już jesteś, kochanie". 

- Gotowa? - pytasz, stając w progu sypialni. Naszej wspólnej sypialni w twoim mieszkaniu. Nie pozwoliłeś wrócić mi do Torunia. Nie pozwoliłeś choć na chwilę zostać mi samej. 
- Tak. Możemy już jechać - chwytasz moją walizkę i wychodzimy z mieszkania.

Jedziemy do Łodzi. Za dwa dni wielka uroczystość dla twojej rodziny. Agnieszka wychodzi za mąż. Przez ten czas zdążyłam doskonale poznać twoją rodzinę. wiele razy gościliśmy razem w domu twoich rodziców. Miałam też wiele możliwości, by bliżej poznać Weronikę, Karolinę, Marcina i samą Agę. Byłam nawet z dziewczynami w salonie sukien ślubnych. Każda z nas założyła tą, która się jej podobała, a ekspedientka zrobiła nam zdjęcie na pamiątkę. Drogę spędzamy w ciszy. Ty skupiasz się na prowadzeniu pojazdu, ja smętnie wpatruję się w krajobrazy, które mijamy.

- Dzieci, jak ja się cieszę, że już jesteście. Wchodźcie. Jesteście może głodni? - twoja mama jak zwykle traktuje mnie jak własne dziecko. Dla niej jestem na równi z Pawłem i Agnieszką. 
- Mamuś, spokojnie, ja na prawdę umiem gotować, więc nie musisz martwić się o to, że głodzę Lene - śmiejesz się, chwytasz walizki, mnie za rękę i prowadzisz na górę. - No to wiesz gdzie co i jak, więc chyba mogę cię zostawić.
- Co?
- No ja lecę na wieczór kawalerski Marcinka, a tu do ciebie przyjdzie zaraz Aga i obie Wojciechowskie.
- I tak po prostu mnie zostawisz?
- Kotku ja cię po prostu oddaje na parę godzin w dobre ręce... - całujesz mnie przelotnie w usta i wychodzisz, a ja zostaje sama, czekając na dziewczyny.


Weronika.

Dwa miesiące całkowitego braku kontaktów z tobą. Dwa miesiące przepłakane w pokoju. Dwa cholernie długie miesiące, które tak strasznie bolały. A teraz? Zobaczę cię już za dwa dni. Znowu spojrzę w twoje oczy i będę skłonna, by w nich zatonąć. Cholernie się tego boję. Przecież możesz przyjść z kimś. Przecież mogłeś ze mnie całkowicie zrezygnować, bo nie warto wierzyć w związek z kimś takim, jak ja. Nie warto pamiętać o tak nieodpowiedzialnej osobie.

- Werka, ale ty wiesz, że Lenka się będzie z nami bawić? - pyta Agnieszka, gdy jesteśmy już w drodze do jej rodzinnego domu.
- Aga, ja wiem, że ta sytuacja nie jest łatwa dla nikogo, ale nie zamierzam zaprzestać kontaktów z osobami, które na prawdę polubiłam...

Na tym kończy się nasz rozmowa. To, że mi i Michałowi nie jest pisane być razem, nie oznacza od razy tego, że nie mogę kontaktować się z jego siostrą. Z resztą to nie było by możliwe. Lenka oficjalnie jest z Pawłem, a on przy niej wreszcie jest szczęśliwy. Ja chyba swoją szansę zawaliłam. Co z tego, że nadal kocham Michała, skoro nie potrafię być w normalnym związku? Na moim palcu nadal widnieje pierścionek zaręczynowy jego babci, który teraz należy do mnie. Nie oddałam go, bo to jedyna rzecz, która przypomina mi o nim. 

- Dziewczynki, może ja wam coś do jedzenia na ciepło zrobię? - pani Marzenka jak zwykle gościnna, jednak i jej udziela się ta nerwowość związana ze ślubem i weselem. 
- Mamuś, weź sobie winko do ręki i siadaj z nami.

I tak wyszło, że siedzimy sobie w szóstkę, bo wpadła jeszcze nasz mama, a pani Marzena i nasza staruszka opowiadają nam jak to było, gdy one brała ślub. Opowiadają nam o tym, jak trudno było znaleźć wtedy suknie ślubną, jak miały "dwa śluby". Na ich weselu było około trzydziestu gości, a u Agi i mojego braciszka będzie około trzystu! Zaszaleli, ale nic na to nie poradzimy, że mamy tak duże rodziny. Ale z drugiej strony, będzie przynajmniej fajna zabawa. Znowu zobaczę się z Gośką i Justyną i całą tą naszą kochaną rodzinką. Mama Agi ucieka od nas koło północy, a my zaczynamy swobodnie między sobą rozmawiać.

- Dziewczyny, jak już będziecie czuć, że mężczyzna, z którymi jesteście i kochacie go, to nigdy nie pozwólcie, żeby to się rozpierdzieliło, przez jedno głupie niedopowiedzenie - kończę wypowiedź, dopijam zawartość mojej lampki i wychodzę na balkon. Nie chcę niszczyć im zabawy, ale nie umiem się tak po prostu bawić.
- Weronika... - na balkonie pojawia się Lena. - Znam was oboje. Widzę jak się zachowujecie. Czuję, że oboje tak na prawdę próbujecie oszukać samych siebie. Michał codziennie w Bydgoszczy chodzi przygnębiony. Nie dość, że stracił ciebie, to i siatkówka nie przynosi mu radości. On się powoli wypala, bo nie ma ciebie... Odizolował się od świata. Z resztą tak samo jak ty. On cię kocha, ale strasznie go zraniłaś, nie mówiąc wcześniej o wyjeździe. Płakać mi się chce, jak widzę to, jak oboje cierpicie. Weronika teraz masz najlepszą okazje, żeby coś mu wyjaśnić. Innej może nie być...

Przytuliła mnie i  wróciła do środka, zostawiając mnie w stanie osłupienia. Za miesiąc wyjeżdżam na te cholerne cztery miesiące i nic już na to nie mogę poradzić. Nie mogę cofnąć  czasu i wyjaśnić tego wszystkiego wcześniej. Nie mogę liczyć, że nasze spotkanie wszystko zmieni, bo tak nie będzie. Za bardzo cię zraniłam...


Mariusz

Liga światowa dobiegła końca. Może nie było najlepiej w turnieju finałowym, ale pokazaliśmy, że nadal się liczymy. Czwarte miejsce nie jest szczytem naszych marzeń, ale stało się. Karolina była przy mnie codziennie. Lozano jest bardzo sceptyczny, ale Karole polubił od razu, więc codziennie miałem kilka minut, by spędzić jej właśnie z nią. W końcu, ona też była wtedy w pracy. Te trzy miesiące zbliżyły nas do siebie. Jakaś otwarta deklaracja jeszcze nie padła, ale oboje czujemy, że to coś więcej.

Obaj z Michałem jedziemy do Łodzi. Obaj byliśmy zdziwieni na wieść o tym, że Marcin zaprosił nas na kawalerski. Obaj idziemy też na sam ślub. Ja z Karoliną, a Michał sam. To, co dzieje się z nim ostatnio to jakiś sen. Nie chce mu się trenować, grać w pierwszej szóstce. Najchętniej cały czas przesiedziałby w Bydgoszczy. Jest jakby wyrwany z normalnego życia. Wszystko toczy się obok niego bez jego udziału. Nie śmieje się, nie robił numerów na zgrupowaniu. Nie był sobą, bo nie jest z Weroniką... To ona przez poprzednie miesiące była jego sensem życia, a kiedy jej nie ma, stacza się na dno...

- Stary no to koniec Twojej wolności... Jako twój drużba, pozwolę sobie na kilka słów od siebie odnośnie końca pewnego etapu - zaczyna Paweł. - Nie wiem, czy wiecie, ale my z Marcinkiem to się od pieluch znamy, razem graliśmy, trenowaliśmy. Wiem o nim więcej niż inni. To ja pierwszy raz obiłem mu mordę, bo odbił mi dziewczynę w liceum - zaśmiał się, co i u nas spowodowało śmiech. - I to ja siłą wyciągnąłem z niego, że kocha moją siostrę... Tak więc, to sobie przypisuje ten zaszczyt swatki - teraz już wszyscy na raz wybuchnęliśmy śmiechem. - Więc stary, co ja ci mogę życzyć... Szczęścia, szczęścia i po raz ostatni potomka - poklepał go po plecach, ściskając go.
- Z tym dzieckiem to bardziej do Agi kieruj sugestie, bo ja jestem na to otwarty... To panowie, napijmy się - rozlał wódkę do kieliszków. - Wypijmy za nas, za dalsze życie, za pełnie szczęścia... 
- Dzieci... - Paweł bardzo tym wujkiem chyba chce być. 
- Dobrą zabawę - wtrąca Bartek, brat cioteczny Marcina.
- Prace - dorzuca Wojtek, kuzyn Młodego.
- Przyjaźń i szczerość w życiu... - dodałem.
- Za drugą szanse... - zakończył Michał, a nasze dłonie powędrowały ku górze. 
- Chłopaki, po prostu za nas i to, żeby spotkać się w takim towarzystwie jeszcze co najmniej  trzy razy, a ja z wami chłopaki - wskazuje na młodych chłopaków - chce widzieć się częściej.

Wypiliśmy do dna i zaczęliśmy rozmawiać, wspominać, dzielić się przeszłością. Może to nie jest stereotypowy wieczór kawalerski piłkarza tej klasy, ale widać, że Marcin jest szczęśliwy. Wszyscy jesteśmy. Przynajmniej Pan Młody, jego drużba i ja. Tylko Winiar jest pochmurny cały czas. Nie pomaga mu nawet wypity alkohol.

-Michał, co się dzieje?
- A co ma się dziać... Weronika... Znowu ją zobaczę, a całkowicie nie wiem, co mogę jej powiedzieć. 
- Może lepiej będzie coś zrobić, niż powiedzieć... Nie zmarnuj szansy, którą daje ci los. Nie kieruj się urażoną dumą, bo to nie ma sensu... Ty ją za mocno kochasz, by stracić na zawsze...

Zostawiam go samego na tarasie, gdzie urzędujemy na podwórku Wojciechowskich. Nie wiem, co zrobi, jak się zachowa, ale mam nadzieje, że będę mógł bawić się na ich weselu. Kuzyni Marcina już się zmyli. Postanawiamy iść na drugą stronę ulicy. Nie wiem, co kombinuje Marcin, ale pisze SMSa do Agi, a po chwili wszystkie dziewczyny pojawiają się na balkonie domu Michalskich. Kazał nam tylko na znak, krzyknąć jedno hasło.

- Już na zawsze będziemy was kochać, nasze przyszłe żoneczki!!! - krzyknęliśmy chórem
- Jeszcze nie żoneczki!!!


~*~*~ 
I wróciłam i tutaj :D 
Dziś bez muzyki, ale ostatnio (czyt. dziś podczas pisania) słucham tego więc jak coś, to przesłuchajcie sobie ;)
Teraz już raczej będę wszędzie na bieżąco, tylko nie wiem, czy nowy będzie za tydzień, czy trochę później ;)
Na razie zapraszam na nowego Zbysia i jednoparcik, jakby ktoś nie czytał. ;)
Pozdrawiam,
Dzuzeppe :*



środa, 14 sierpnia 2013

Rozdział 24 - Nie zawsze jest dobrze. Czasem musi być źle, żeby zrozumieć wiele rzeczy...


Maj 2007 rok

Weronika.

Minęło już prawie pół roku od momentu, gdy poprosiłeś mnie o rękę, a ja się zgodziłam. Pół roku, które zdecydowanie mogę uznać za najlepsze w moim życiu. Pół roku mieszkania z Tobą w Bełchatowie. Pół roku bezustannych pytań o nas razem. Pół roku wspólnych wieczorów i poranków, dni i nocy, minut i godzin. Pół roku odseparowania się od aktorstwa. Pół roku odpuszczenia sobie prawie każdego kastingu. Pół roku zaniedbania kariery. Ale również najwspanialsze pół roku z cudownym mężczyzną. Pół roku z Tobą... 

- Karo! Dostałam tą role!!! - krzyczę na cały dom. - Słyszysz, udało mi się!
- No to gratulacje siostra - przytuliła mnie. - To dzwoń do Michała, że się udało.
- Nie mogę - spuszczam głowę. - On o niczym nie wie, a nie chcę mówić mu o tym przez telefon...
- Nie powiedziałaś mu, że brałaś udział w kastingu, gdzie w razie wygranej wyjedziesz do Hiszpanii na 4 miesiące?! - podnosi głos... - Weronika co ty odwalasz? - pyta, a ja z bezradności wzruszam ramionami. - Jedziemy do Spały... - patrzę na nią pytającym wzrokiem. - Oj no przecież musisz wyjaśnić to Miśkowi, a jest weekend, a i ja bym się chciała z Mariuszem spotkać - uśmiechnęła się. Między nimi jest zdecydowanie spokojniej i wolniej niż u nas. W sezonie ligowym można by powiedzieć, że się mijali, ale krótkie wakacje spędzili całkowicie tylko razem.

Spakowałyśmy najpotrzebniejsze rzeczy i po godzinie byłyśmy już w drodze do Spały, Wiem, że będziesz wkurzony o to, że nie powiedziałam ci wcześniej. Wiem, że będziesz smutny. Wiem, że będziesz robił dobrą minę do złej gry. Po dwóch godzinach jesteśmy na miejscu i za zgodą trenera dostajemy zapasowe klucze do waszych pokoi, w których nie ma już waszych współlokatorów, gdyż wybyli do rodzinnych stron na weekend majowy,  i się rozdzielamy. Pod szafą zostawiam torbę, a sama kładę się na Twoim łóżku. Pachnie Tobą. Pachnie tak, jak pościel w Twoim mieszkaniu w Bełchatowie, do której codziennie się przytulam, gdy cię nie ma. Słyszę przekręcanie klucza i już po chwili widzę i ciebie.

- Weronika? Co ty tu robisz? - pytasz zdezorientowany, gdy bez słowa wtulam się w ciebie.
- Musiałam przyjechać... Tęskniłam - muskam delikatnie Twoje usta, wspinając się na palce.
- Nawet nie wiesz, jak ja się cieszę... 

Wpijasz się w moje spragnione usta, przyciągasz do siebie, wplątujesz palce w moje długie włosy. Zapominam o tym, że miałam ci powiedzieć o filmie, gdy tylko Twoje dłonie i usta zaczynają dziką wędrówkę po moim ciele. Teraz liczysz się tylko ty i ja. My. Co z tego, że tylko przez tę krótką chwilę. Co z tego, że na moment. Co z tego, że za chwilę wszystko mini, a prawda będzie musiała nadejść. Przytulam się do ciebie i w głowie zaczynam układać sobie to, co mam powiedzieć.

- O czym tak zawzięcie myślisz? - pytasz całując mnie w czoło.
- Tak o nas i przyszłości... Właściwie to ja przyjechałam ci o czymś powiedzieć... O czymś bardzo ważnym - podnoszę się do pozycji siedzącej.- Bo chodzi o to, że ja...
- Jesteś w ciąży? - uśmiechasz się. Chciałabym, żebym to właśnie to musiała ci powiedzieć, ale nie mogę, bo to nie prawda. - Kotuś to wspaniale - ściskasz mnie i zaczynasz całować.
- Michał... Nie jestem w żadnej ciąży...
- Jak to?
- Przecież się zabezpieczamy, nie? Biorę tabletki... - milknę na chwile. - Chodzi o to, że jakiś czas temu wzięłam udział w kastingu do filmu i dowiedziałam się dziś, że dostałam główną rolę...
- Kochanie, no to gratulacje - powtarzacz czynność przytulania i całowania. - A to gdzie będę mógł cię zobaczyć?
- Michał, posłuchaj. To nie jest Polski film. Ja muszę wyjechać do Hiszpanii...
- To może razem pojedziemy. Zrobimy sobie takie wakacje, co?
- To niemożliwe... Michał, ja tam jadę na 4 miesiące...
- Co? I teraz mi to mówisz?! Weronika, my się mamy pobrać za rok, a ty nie powiedziałaś mi o takich planach? Chyba nie do końca znasz definicję związku...

Wstajesz, ubierasz się i wychodzisz z pokoju. Jestem totalnym głupkiem... Ale jedno jest pewno. Jeśli ty nie potrafisz przystosować się do mojego zawodu, to ja nie zamierzam rezygnować z niego dla ciebie.


Karolina.

- Myślisz, że mu powie? - siedzimy w ogrodzie ośrodka.
- Nie wiem... Ale wiem, że Michał zadowolony to nie będzie, bo on ją kocha jak wariat, a kiedy ona wyjedzie, to albo się załamie, albo będzie chciał pokazać, że daje sobie świetnie radę bez niej.
- Mariusz ja się boję, że oni tego nie wytrzymają. Że odpuszczą, bo oboje są uparci. Co z tego, że kochają się najbardziej na świcie, jak będą za dumni, żeby zadzwonić...
- Przestań martwić się o wszystkich wokoło, a zacznij myśleć o nas, co? - składasz delikatny pocałunek na moich ustach. - Mam pomysł. Spotkajmy się za godzinę na ławce przed ośrodkiem, co? 
- Ale co ja ma robić przez ten czas, co i gdzie ty w ogóle idziesz!? - krzyczę za Tobą, ale nawet się nie odwracasz, a jedynie odkrzykujesz:
- Zaufaj mi... Kocham cię!!!

Zostałam sama, więc poszłam sobie na stołówkę, zobaczyć czy przypadkiem panie  kucharki nie zostawiły może jakiś resztek z dzisiejszego obiadu, ale usłyszałam tylko, że "nasi siatkarze to wielkie chłopy i pożerają wszystko co dostaną, a najbardziej to im środowa golonka Pani Stasi smakuje". Dlatego musiałam udać się do Krzyśka, który przed chwilę dosłownie, dojechał do ośrodka po krótszym weekendzie w domu, bo, jak się dowiedziałam od niego samego, "Iwona była jakaś dziwna i zamiast się kłócić wolał ją pocałować i wrócić tutaj". Poczęstował mnie żelkami i dalej mogłam sobie spokojnie czekać na Mariusza.

- Zgadnij kto to - usłyszałam tuż przy uchu, a czyjeś dłonie zasłoniły mi oczy.
- Władek, nie tutaj, bo jeszcze cię mój chłopak zobaczy i ci mordę obije - odwracam się z uśmiechem w Twoją strona i widzę Twoją zdumiałą minę. - O to ty, kochanie - udaję zdziwienie. - Wiesz ja tak tylko sobie mówiłam - zarzucam ręce na Twój kark.
- Skoro ty masz Władka, to ja ci od razu o Stasi powiem.
- O tej sympatycznej staruszce, co gotuje Wam same przysmaki w kuchni? Mariusz, ja doskonale wiem, że mnie z nią zdradzasz - puszczam ci oczko. - Dobra mów lepiej gdzie mnie zabierasz?
- A niespodzianka - wystawiasz mi język. - Musisz mi zaufać.
- Przecież wiesz, że ci ufam.
- No to pozwól, że założę ci to na Twoje piękne patrzałki - wyciągasz z kieszeni moją kremową apaszkę, która zginęła mi przed zgrupowaniem i zakładasz mi ją na oczy.

Łapiesz mnie za rękę i, trzymając za rękę, idziesz ze mną w nie znanym mi kierunku, który ty znasz doskonale. W końcu to nie pierwszy sezon, który tu spędzasz. Idziemy już około pół godziny, a ja przestaje słyszeć dźwięki miasta, samochodów. Słyszę nasz kroki po skrzypiącym podłożu i śpiewy ptaków. Jak sądzę, jesteśmy w jakimś lesie, których jest w okolicach bardzo dużo. Czy się boję? Nie. Ufam ci i wiem, że nigdy nie zrobisz mi krzywdy. Nigdy nie pozwolisz, aby coś złego mi się stało.

- Mariusz, długo jeszcze?
- W zasadzie to jesteśmy już na miejscu... Otwórz oczy... - szepczesz mi do ucha, rozwiązując apaszkę. Powoli otwieram oczy i widzę puste miejsce pomiędzy mnóstwem leśnych drzew. Niewielka polana oświetlona przez wiosenne jeszcze Słońce. Żywa, zielona trawa, rodzące się do życia drzewa, wesoło śpiewające ptaki i czyste, niebieskie niebo nad nami. Raj? 
- Tu jest przepięknie - odwracam się do ciebie i wpijam w usta.
- Ej Kotek, poczekaj  chwile. Na to też przyjdzie czas, ale najpierw zjedzmy coś.

Śmiejesz się i prowadzisz na środek polany na koc, na którym stoi koszyk wypełniony smakołykami. Gdy zapytałam, skąd to wszystko wziął, odpowiedział, że pani Stasia jest prawdziwą cudotwórczynią. Mnie przepędziła z kuchni, a swojemu pupilowi to cały koszyk jedzenia napchała, żeby się przede mną popisał. No ale udało mu się. 

Teraz dopiero wiem, jak to jest, być na prawdę szczęśliwą, a nie tylko taką udawać, jak działo się przy Filipie. Na początku przez miesiąc codziennie wydzwaniał, pisał, przychodził do domu, ale dał sobie spokój po bliższym spotkaniu z pięścią Mariusza. Przy Dylewiczu nigdy nie czułam się bezpiecznie, a teraz zawsze tak jest. Dzięki Mariuszowi stałam się pewniejsza siebie i otwarta na innych. Nie raz zasiadałam w sektorze rodzin i przyjaciół zawodników na meczach domowych Skry, gdy tylko nie pracowałam, obok żon, narzeczonych i dziewczyn pozostałych zawodników.

- Wracamy do ośrodka? - pytasz, wodząc nosem po mojej szyi, gdy siedzisz za mną.
- Możemy, bo trochę się zimno zrobiło.
- To co nic nie mówisz - zdejmujesz swoją bluzę. - Wcześniej bym ci ją dał - narzucasz mi ją na ramiona, a ja przymykam oczy i delektuję się jej zapachem.
- Dobra zbieramy się - mówię po chwili.

Sprzątamy jedzenie do koszyka, składamy koc i ruszamy w drogę powrotną. Po upływie około trzydziestu minut jesteśmy już na miejscu. Nie idziemy na kolację dla zawodników  lecz udajemy się do pokoju. Chyba wiadome jest to, że musimy nacieszyć się, więc nie wychodziliśmy z niego przez całą niedzielę...


Paweł. 

- Mam dla ciebie niespodziankę - mówię i sięgam do kieszeni. - Pojedziesz ze mną na wakacje do Włoch - pokazuje jej bilety do Wenecji.
- Chcesz spędzić ze mną wakacje? - wybałuszasz oczy i wpatrujesz się we mnie tymi niebieskimi oczami, które chyba po bracie odziedziczyłaś. 
- No to chyba oczywiste, że chce właśnie z Tobą spędzić ten czas. W końcu już od jakiegoś czasu się spotykamy, więc chyba możemy jechać razem na wakacje, nie? - dla mnie to oczywiste, ale chyba nie dla ciebie, bo wcale nie wyglądasz na szczęśliwą, a złą.
- Czy ty siebie słyszysz?! Pamiętasz jaka była umowa?! - zaczyna krzyczeć, a ja kompletnie nie wiem co robić.
- Ale dla mnie ta umowa się nie liczy, bo nie jesteś mi obojętna... - łapię cię na ramiona. - Lenka, zrozum, że ja cię chyba ko...
- Nie kończ!!! Nie chcę tego słyszeć! Nie chcę cię znać!

Wymierzasz mi policzek i uciekasz. Mnie to tak strasznie boli. Nie fizycznie. nie tak związane z układem nerwowym. Boli na dnie serce, gdzie jedynie tam pozostały takie uczucia. Boli, bo wiem, że chyba właśnie cię straciłem. Boli, bo tak strasznie kuje w tym przeklętym mięśniu, bez którego dobrego funkcjonowania nie da się przeżyć. Takie małe gówno, jak uczucia, a potrafią udupić człowieka najboleśniej, jak tylko można. Po co w ogóle się na to zgadzałem?

Słyszę tylko, jak odjeżdżasz z piskiem opon spod bloku, w którym tak często gościłaś przez całe noce, a czasami i dnie, weekendy. Byłaś tutaj obok mnie przez te kilka miesięcy, a ja z każdym dniem zdawałem sobie sprawę, że powinnaś zostać już na zawsze przy moim boku. Uświadamiałem sobie, że nie ma już między nami tego układu  mówiącego tylko o przyjemności, bez angażowania się. Tylko teraz wiem, że to i tak jeszcze za wcześnie, ale nie dam od tak położyć krzyżyka na tym, co było między nami.

Jak najszybciej się da, zbiegam na dół i wsiadam do swojego samochodu. Widzę jeszcze twój samochód, więc ruszam w tym kierunku. Nie wiem, ile masz na liczniku, ale na pewno nie jedziesz przepisowo. Ja z resztą też, ale nie mogę pozwolić, żebyś odjechała. Nie mogę pozwolić, żeby to wszystko się tak skończyło. Nie mogę pozwolić sobie na stracenie ciebie - osoby, którą kocham. 

Nie wiem dlaczego, ale boję się. Boję się o ciebie. O to, że może ci się coś stać. Serce zaczyna bić mi okropnie mocno, gdy na drodze przed ostrym zakrętem widzę ostre ślady po hamowaniu, których jeszcze wczoraj, jak wracałem do warszawy z Łodzi, nie było. Czuję, jak żołądek podchodzi mi do gardła, gdy widzę, jak jakiś samochód wbija się prawą stroną w drzewo. Krew uderza mi do mózgu, gdy zdaję sobie sprawę z tego, że znam ten samochód. Gwałtownie moja noga znajduje się na hamulcu, gdy uświadamiam sobie, że jesteś w środku.

Podbiegam do wraku maszyny, a moje oczy zalewają się łzami. Nie wstydzę się tego, że płaczę. Podobno łzy płynące przez ukochaną osobą nie są wstydliwe. Ja o nich nie myślę. W tej chwili moje myśli odchodzą na bok. Działam mechanicznie. Mechanicznie krzyczę, żeby ktoś zadzwonił po karetkę. Mechanicznie szarpię się z drzwiami. Mechanicznie wiem, jak wydostać Twoje bezbronne ciało na zewnątrz. Mechanicznie odciągam Cię od samochodu. mechanicznie zaczynam reanimację. Mechanicznie przywołuję Twojego bojącego się psa do siebie. Mechanicznie zaczynam krzyczeć.

- Nie możesz mnie zostawić!!! - łzy spadają na Twoje bezradne ciało. - Nie teraz, kiedy Cie pokochałem!! Słyszysz, nie pozwalam ci!!! - pootrząsam Twoim ciałem, lecz od razu zostaję odciągnięty przez ludzi w czerwonych ubraniach. Słyszę głośny sygnał karetki, krzyki ludzi, szczekania Frediego i cichy szept: 

- Chodzi o to, że ja ciebie też kocham...

~*~*~  

Witam :D
No jeśli ktoś uważnie czytał 13 rozdział, to bez problemu przypomni sobie, że Paweł miał kiedyś taki proroczy sen ;) Dziś się własnie pojawił, ale w ich życiu. 
Chyba nie sądziłyście, że u Michała i Weroniki zawsze będzie tak kolorowo? Z resztą nie tylko u nich ;)
Ale Karolina szczęśliwa i to się liczy.
Zapraszam na nowego bloga o tu 
Pozdrawiam,
Dzuzeppe ;* 

wtorek, 30 lipca 2013

Rozdział 23 - Chcę zacząć nowe życie... z Tobą...


Karolina

Dlaczego przywiązujemy się do tego, do czego nie powinniśmy? Dlaczego każdy z nas ma jakieś swoje słabości? Dlaczego te słabości to często ludzie, którzy powinni być tylko znajomymi? Dlaczego są zawsze w trudnych dla nas chwilach? Przecież tak nie powinno być... Przecież każdy człowiek powinien być silny, niezależny, nieustępliwy, a jednak coś sprawia, że tracimy pewność siebie. Tracimy ją przeważnie przy jednej osobie... tracimy ją przy kimś, kto nie jest nam obojętny.

Powoli otwieram oczy... Jesteś obok. Śpisz tuż za mną, a twoja ręka spoczywa na mojej talii. Jesteś tak przyjemnie ciepły... Tak przyjemnie ogrzewasz moje plecy leżąc bardzo blisko mnie... Czy jest to krępujące? Chyba dla mnie już nie. Przyzwyczaiłam się do tego ciepła, dotyku, głosu, zapachu... Przyzwyczaiłam się do ciebie, a wiem, że nie powinnam. Nie powinna pragnąć twojego dotyku, tych czułych pocałunków na powitanie, twojego zapachu, gdy obejmujesz mnie, jak leżymy na kanapie i oglądamy film, tak jak było to w Spale... 

- Hej... Długo nie śpisz? - obudziłeś się. Nie zabierasz jednak swojej reki, lecz nachylasz się nade mną i sięgasz zegarek, a przy okazji muskasz mój policzek pocałunkiem. - Dziesiąta piętnaście... Nieźle sobie pospaliśmy - śmiejesz się. Zamykasz oczy i kładziesz się z powrotem, tyle że na plecach. Twoje usta są lekko rozchylone, uśmiechasz się. 
- Mariusz, gdzie ty byłeś kilka lat temu, co?
- Daleko od ciebie... niestety... Jesteś pierwszą dziewczyną, z którą mogę od tak spać w jednym łóżku, rozmawiać, śmiać się... - siadasz obok mnie - A dodatkowo jesteś taka piękna... - gładzisz mój policzek kciukiem. - Karolina, podobasz mi się... - wypowiadasz te słowa i przybliżasz się do mnie. Przymykam oczy i już po chwili czuję Twoje wargi na swoich. Delikatnie muskasz moje usta. - Podobasz mi się od tego momentu, kiedy razem szukaliśmy Michała i Weroniki... 
- Ale...
- Nie przepraszam, przesadziłem - oddalasz się i wstajesz z łóżka. - Zapomniałem ci powiedzieć o tym, że na dole czeka na ciebie kosmetyczka, więc jeśli masz ochotę, to leć się robić na bóstwo - uśmiechasz się delikatnie, chcąc chyba delikatnie ocieplić atmosferę i muszę przyznać, że ci się to udało.
- No to lecę - wyskakuję z łóżka i pędzę do łazienki.
- Ale ja byłem pierwszy - słyszę Twoje lamenty, ale niestety będziesz musiał czekać.

Następne trzy godziny spędzam na dole ze wszystkimi kobietami u kosmetyczek, fryzjerów i wszystkich innych specjalistów od urody. Efekt zadziwił nawet mnie samą. Chyba pierwszy raz czuję się jak prawdziwa kobieta, mimo że mam na sobie dresy i adidasy. gdy wchodzę do pokoju, słyszę tylko dźwięki spadających kropli wody z łazienki. Uśmiecham się sama do siebie, przypominając sobie dzisiejszy poranek. Zamykam się w sypialni, delikatnie poprawiam makijaż, ubieram się i jestem gotowa. Kiedy otwieram drzwi siedzisz już gotowy na małej sofie i wlepiasz swój wzrok we mnie.

- Jesteś piękna - podchodzisz i lekko muskasz moje usta. - Możemy już iść?

Kiwam głową. Ubieramy się ciepło, wychodzimy z budynku i ruszamy do Kościoła. Znajdujemy miejsce dla siebie gdzieś z tyłu i obserwujemy ceremonię. Gdy Państwo Młodzi wypowiadają słowa przysięgi małżeńskiej, widzę, że stajesz się smutniejszy, ale jednocześnie Twoje oczy wyrażają radość, że Ewa jest szczęśliwa. Po ceremonii wszyscy zgodnie z tradycją składają życzenia, by następnie udać się do hotelu na przyjęcie.

- Tu się schowałaś - mówisz, podchodząc do mnie, kiedy stoję przy barierce na pietrze sali, skąd jest najlepszy widok na wszystko.
- Chciałam troszeczkę odpocząć, bo strasznie mnie już wymęczyłeś - uśmiecham się delikatnie.
- Jestem aż tak złym tancerzem - smutniejesz.
- Nie wręcz przeciwnie. Jesteś wyśmienity... Jestem po prostu zmęczona... - opieram głowę o Twój tors. - Po co mi szpilki, skoro i tak jestem sporo niższa od ciebie - śmieję się.
- Wracamy?

Tańczymy, śpiewamy razem z zespołem, wygłupiamy się z innymi gośćmi, jemy, pijemy... Tak po prostu jesteśmy razem. Tu i teraz, ale czy za chwilę również tak będzie?




Weronika 

- Ej a może by 6 wrzesień 2008? Po Igrzyskach akurat - proponujesz, gdy leżymy razem w łóżku w Twoim mieszkaniu w Bełchatowie. - Co ty na to?
- Michał, ty na prawdę chcesz się ze mną ożenić? 
- Kocham Cię, szaleję za Tobą, pragnę Cię i chcę się z Tobą zestarzeć... Czy jeśli czuję to wszystko, to mógłbym nie chcieć zostać Twoim mężem? - wpatrujesz się we mnie tymi niebieskimi tęczówkami, siedząc naprzeciwko mnie. - Weronika, zrozum, że ja tego chcę. Chcę żyć już tylko z Tobą... - delikatnie mnie całujesz, przyciągając do siebie. - Chcę dzielić wszystko z Tobą na pół. Chcę, żebyś była, gdy będę na szczycie, jak i wtedy, gdy nic mi nie będzie szło... Chcę mieć z Tobą dzieci, wychować je, patrzeć jak dorastają, jak zakładają własne rodziny, jak mają własne dzieci... Chcę przeżyć całe swoje życie właśnie z Tobą.
- Michał...
- Hmm?
- Kocham Cię jak wariatka - rzucam się na ciebie, ale już po chwili to ty jesteś na górze.
- Ej, tylko mi w psychiatryku nie wyląduj, bo nie dałbym sobie tu rady.
- Poszedłbyś ze mną. 


Paweł

Wieczór. Kolacja. Wino. Kobieta. Ja. Ty. My. Dziś. Czy można chcieć jeszcze czegoś więcej? Oczywiście że tak. Ja chcę dobrego kucharza, który by ugotował tą kolację barmana, który serwowałby drinki, więcej czasu na prysznic i zdecydowanie więcej pewności siebie, która pewnie za chwilę pójdzie sobie na spacer, jak zwykle zresztą, gdy mamy się spotkać.

- Witaj - mówisz, gdy otwieram drzwi przepasany jedynie ręcznikiem. - Dobrze trafiłam? Paweł? - śmiejesz się.
- Cześć, wchodź - całuję cię na powitanie. - Rozgość się w salonie, a ja się tylko ogarnę...
- nie musisz się ogarniać... - podchodzisz do mnie. - Tak też mi się podobasz, a nawet bardziej - uśmiechasz się figlarnie, a Twoje dłonie zjeżdżają do supełka ręcznika. - Chyba to nie będzie nam potrzebne, prawda Kotku? - zatrzaskujesz drzwi, ściągasz kurtkę, i ciągnąc mnie za ręce idziesz w tak dobrze znanym ci kierunku.
- Znowu w sypialni - zatrzymuję cię i przypieram do ściany. - To staje się powoli monotonne, Skarbie.
- Więc wykaż się Kotku - uśmiechasz się zalotnie i zachłannie mnie całujesz.

Rozsuwam zamek Twojej sukienki, a gdy opada już swobodnie w dół, biorę Cię na ręce i niosę do salonu...


Agnieszka

Do końca życia zapamiętam te święta. Nie dość, że pierwszy raz od dawna spędziłam je w dużym gronie, a nie tak jak wcześnie, sama w mieszkaniu przy telewizorze. Te święta zostaną mi w pamięci również z tego powodu, że pogodziłam się z Marcinem. Pogodziłam się z osobą, którą kocham nad życie. W zasadzie to chyba już nie wyobrażam sobie życia bez niego, nie wyobrażam już sobie ani sekundy bez niego. Nie myślę teraz o jego wyjazdach podróżach  o tych godzinach, które, czy chce czy nie, będę musiała spędzić sama. 

- Marcin, jeszcze ci mało? - pytam, gdy twoje ręce i usta znowu zaczynają dziką wędrówkę po moim ciele. - Nie jesteś zmęczony?
- Zmęczenie przy Tobie się nie liczy - śmiejesz się prosto w moje piersi. - Wystarczy mi to, że jesteś obok - przybliżasz swoją twarz do mojej i delikatnie całujesz moje wargi.
- A głodny nie jesteś, bo ja bardzo? Wiesz nie jadłam nic od wczoraj, bo mnie z łóżka nie wypuszczasz.
- Owszem jestem głodny, ale Ciebie.

Nie pozwalasz mi już wydobyć z siebie ani jednego słowa, oprócz jęków zadowolenia,bo Twoje wargi napierają na moje. Co z tego, że kochamy się już któryś raz z kolei bez przerwy, jak mi i tak nadal brakuje Twojego dotyku, pocałunków, głosu, ciepła... 




Mariusz

Czy są na świecie osoby, które mają wszystko, czego zapragną? Czy są ludzie, którzy zawsze wiedzą, co zrobić, żeby dostać to, co chcą? Czy są ludzie bez uczuć, a jedynie kierujący się w życiu żądzą władzy i przyjemnościami? Czy kiedy sobie coś postanowią, to tak musi się stać? Jeszcze niedawno sam taki byłem. Nie liczyli się kibice, fani, zwykli ludzie. Od zawsze liczyła się tylko gra, przyjemności, przyjaciele i rodzina. Nic innego nie miało dla mnie sensu.

Teraz jej inaczej. Zmieniło się od tego momentu, gdy pierwszy raz zobaczyłem Ciebie, mimo że miałem dziewczynę, ty byłaś w mojej głowie. Każdy dzień spędzony z Tobą w Spale jest głęboko zakuty w mojej pamięci. Każdy Twój uśmiech, spojrzenie, rozmowa. Nasza pierwsza wspólna noc, gdy usnęliśmy razem na moim małym łóżku. Ja pamiętam to wszystko bardzo dobrze, a Ty?

- Dziękujemy bardzo za zaproszenie - żegnamy się z Parą Młodą, która chce już też zostać wreszcie sama, jako jedni z ostatnich, bo dosłownie straciliśmy poczucie czasu.
- To nam jest ogromnie miło, że przyjechaliście, no i że ja osobiście mogłam poznać Twoją dziewczynę - Ewa uśmiechnęła się przyjaźnie, pożegnaliśmy się i wyszliśmy z sami.

Sam nie wiem dlaczego, ale chwyciłem Cię za rękę, ,jakbyśmy byli parą i nie puściłem do samego pokoju. Po przekroczeniu progu od razu zrzucasz szpilki i siadasz na kanapie pod oknem. Zamykasz oczy, rękoma wyciągasz z włosów wsuwki i kładziesz się na boku, podkurczając nogi. Wyglądasz jak anioł, tylko że z ciemnymi włosami. Podchodzę do ciebie, siadam obok i delikatnie gładzę Twoje nogi. Biorę je na kolana i delikatnie masuję stopy. Kładziesz się na plecach i cicho pomrukujesz. Teraz, gdy masz rozpuszczone włosy, wyglądasz jeszcze piękniej niż wcześniej. Jesteś taka delikatna, zmysłowa, kobieca. Czuję, że teraz właśnie jesteś sobą... 

Przekładam Twoje nogi i kładę się obok Ciebie. Delikatnie odgarniam włosy z Twojej szyi, wdycham zapach Twoich perfum, opuszkami palców muskam Twoją aksamitną skórę. Nieruchomiejesz. Otwierasz oczy i wpatrujesz się głęboko w moje oczy, tak jakbyś się czegoś bała. Delikatnie przesuwam dłoń od końca Twojej sukienki na udzie do ramion. Docierając do ust, zerkam w Twoje oczy. Nadal jesteś wystraszona. zbliżam się i powoli łączę nasze usta w czułym pocałunku. Nie reagujesz. pozwalasz mi na więcej przekręcając się w moją stronę i chwytając moją twarz w swoje drobne dłonie..

- Powiedz tylko słowo  a przestanę, ale proszę zrób to teraz, bo później nie dam już rady - szepczę w Twoje włosy, gdy niosę Cię do sypialni.
- Mariusz, chcę tego... Chcę zaryzykować i  zaufać Ci... Chcę zacząć nowe życie... z Tobą...

Już kilka minut późnej leżymy nadzy na łóżku, a wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Nie liczy się wschodzące słońce, budzący się inni goście hotelu, granie zespołu... Liczysz się tylko Ty i nasza wspólna przyjemność. Jednocześnie wpijam się w Twoje usta, jak i łączę nasz ciała, a ty cicho pomrukujesz przy każdym moim ruchu. ruszam biodrami w przód i tył, wdychając zapach Twojego jaśminowego szamponu do włosów, a ty zaciskasz paznokcie na moich plecach.

Jesteśmy My. Tak blisko siebie. Zrozumiałem, że wreszcie nie czuję się sam na tym świecie. Zrozumiałem, że warto zaryzykować wszystko, by być z Tobą szczęśliwy. Zrozumiałem, ,że od tej chwili już nie będę potrafił istnieć bez ciebie, bo po co mi życie, bez ciebie obok. Wierzę w to, że może być dobrze, że wszystko może się ułożyć po naszej myśli. Wierz w to, że dzięki Tobie stanę się innym człowiekiem. Innym człowiekiem...

- Karolina...
- Cii... Po prostu bądź... proszę...


~*~*~
Przepraszam, że tak długo nic nie było oraz za to, co powstało na górze. 
Postanowiłam, że ten blog będę traktować jako taką wizję dla was, jak się zmieniam jako "pisarka", jeśli można mnie tak nazwać.
Nie wiem kiedy pojawi się coś nowego, ale mam nadzieję, że za tydzień :)
Pozdrawiam, całuję, ściskam,
Dzuzeppe :*

piątek, 12 lipca 2013

Rozdział 22 - "Taki mężczyzna trafia się tylko raz na całe życie"


Karolina 

Święta, święta i już po świętach, a to co po nich zostało, to przepełniona lodówka, trafione zazwyczaj prezenty i kilka kilogramów więcej. Czy zostało coś jeszcze? Oczywiście, że tak. Zostały wspaniałe wspomnienia, bo jeszcze nigdy święty Mikołaj nie przyniósł mi tortu pod choinkę, a dodatkowo na dworze pojawił się mój pierwszy własny samochód. Wspomnienia, które zostanę, to również zaręczyny Weroniki i Miśka, oraz ta bransoletka, która spoczywa na moim nadgarstku.


Już za parę minut spotkam się z Mariuszem, bo na siłę chce mnie wyciągnąć na zakupy. Jestem tylko ciekawa, kto tu niby jest kobietą, bo na pewno nie ja. Ubieram się, lekko maluję i jestem już gotowa. W domu nadal są dziadkowie, którzy zostają, aż do samego Sylwestra, którego spędzą razem z rodzicami na balu sylwestrowym. W domu rozlega się dźwięk dzwonka do drzwi. Biegnę, więc na złamanie karku, żeby tylko być pierwsza, ale niestety nie udaje mi się i otwiera babcia.

- A młodzieniec to do kogo? - pyta, ale za bardzo nie wiesz, co odpowiedzieć.
- Do mnie babciu - ratuję Cię z opresji. - Właściwie to my już wychodzimy - uśmiechnęłam się do niej słodko, a ona tylko puściła mi oczko.
- Ach dzieci, dzieci... Wszyscy na około zakochani, a ja ciągle przy tym samym mężczyźnie... Świat wariuje na punkcie miłości - po chwili znika już za drzwiami do kuchni, a my wychodzimy z domu.
- Twoi rodzice wiedzą, że zabieram im Ciebie na Sylwestra? - pytasz, a ja zdaję sobie sprawę, że nie wiedzą.
- Jeszcze nie, ale dziś im powiem - markotniejesz. - Ej, chłopie, czyżbyś ty bał się moich rodziców i tego co powiedzą? Zapewniam cię, że na pewno nie będą mieli ci tego za złe - uśmiecham się, ty po chwili również. -  To gdzie jedziemy?
- Do centrum handlowego - rzucasz uradowany i ruszamy w drogę.

Nigdy nie uśmiechało mi się łażenie po sklepach i przebieranie w promocjach czy sklepowych wystawach, Zawszę wyznawałam zasadę, że po co chodzić, jak to samo można kupić w pierwszym lepszym sklepie. Z Tobą chodzę już ponad trzy godziny i wcale nie narzekam na nudę, czy ból nóg. Wręcz przeciwnie. Najpierw szukaliśmy dla ciebie garnituru, a jak już znaleźliśmy odpowiedni, kupiliśmy go. Następnie z chęcią buszuję razem z Tobą pośród półek i wybieram sukienki, które mogą się nadać i na sam ślub, jak i poprawiny, które jednocześnie będą zabawą sylwestrową. Obładowani ruszamy do przymierzalni. To znaczy ja ruszam, a ty tylko oceniasz kreacje, siedząc wygodnie w fotelu.

- Mariusz, a może ta. Ładnie się układa, nie jest za krótka, kolor mi odpowiada. Co ty na to?
- Nie podoba mi się. Przymierz może następną, co?
- Ale ja mam już dosyć przymierzania, zdejmują ją i wracam do domu, a na to Twoje wesele to w końcu w starej kiecce pójdę, albo w ogóle nie pójdę! - obróciłam się na pięcie, o mało co nie potrącając pani sprzedawczyni i ruszyłam do przebieralni. Gdy nie miałam już na sobie sukienki i stałam w samej bieliźnie, zasłona nagle się odsunęła i wślizgnąłeś się do środka. - Co ty tu do cholery robisz, co?! - krzyknęłam, próbując cokolwiek zakryć, ale i tak widzisz wszystko.
- Przepraszam, ale musiałem ci je pokazać. Przymierz .
- A może chociaż byś wyszedł, co?
- Oj tam... jak chcesz to mogę się odwrócić, a potem pomogę ci się zapiąć - nie zwracając za bardzo na Ciebie uwagi zaczęłam ją zakładać. Pomagasz mi tylko z zamkiem. - No i chyba mamy już sukienką na Sylwestra - uśmiechasz się. - Bierzemy ją. Pójdę z nią do kasy, a ty przymierz jeszcze i mi się w niej pokaż.
- Tak jest, panie sierżancie... - chwyciłam się za brzuch, bo czułam, że coś mi się chyba cofa.
- Ej, coś jest nie tak?
- Nie, wszystko jest w porządku, tylko trochę mi niedobrze po tych świętach. Chyba się czymś zatrułam. Dobra wychodź, .a ja się przebieram.

Ostatnia sukienka spodobała się nam obojgu i została wyróżniona, jako strój na ślub i wesele. Za sukienki zapłaciłeś, nawet nie dając mi dojść do głosu. W tym samym sklepie dobraliśmy jeszcze moje dodatki i krawat dla ciebie, za które już ja płaciłam. Odszedłeś na chwilę, bo ktoś do ciebie dzwonił.

- Ile płacę? - pytam się grzecznie kasjerki w starszym wieku.
- 257 złoty... Ma pani ogromne szczęście... Taki mężczyzna trafia się tylko raz na całe życie. Ma pani wspaniałego męża...
- Ale my nie jesteśmy nawet razem - mówię, chowając resztę do portfela.
- Ale będziecie... Mówię pani, a ja się na ludziach znam - uśmiecha się, a ja pospiesznie wychodzę ze sklepu.
- Karolina! Zaczekaj na mnie! - podbiegasz do mnie - Co się stało?
- Nic... Po prostu mam ochotę na coś do jedzenia. Jedziemy do mnie?
- Jasne, że tak.


Agnieszka

Te święta zapamiętam do końca życia. Pierwszy raz przeszłam taką metamorfozę mentalną przez te kilka godzin. Ale co dobre, szybko się zazwyczaj kończy i trzeba wracać do rzeczywistości, czyli do wykładów i nauki. W końcu sesja nieuchronnie się zbliża, a ja muszę się nią zając, bo inaczej to nici z mojej kariery psychologa.


Wczoraj, czyli w czwartek, Marcin wyleciał już do Londynu, a ja nie mogłam lecieć z nim. Myślę, że to nawet dobrze, bo taka lekka przerwa dobrze nam zrobi. Odpoczniemy od siebie, zatęsknimy i poczujemy smak samotności. Na lotnisku dosłownie nie mogliśmy się od siebie oderwać, a udało się to tylko dzięki dziewczyną, które nas pospieszały i pilnowały, żeby się nie spóźnił. Punktualnie o 14.00 był już w powietrzu, a my z dziewczynami wpadłyśmy na pomysł, żeby zrobić sobie taki całkowicie babski wieczór z winem i dobrymi filmami.

Wina było zdecydowanie za dużo, bo dziś wszystkie, lekko mówiąc, zdychamy. Kac morderca męczy, jak gdyby to było dla niego wyzwanie, żeby zatruć nam doszczętnie radość życia. Leżymy wszystkie na kanapie i zastanawiamy się, kto był taki mądry, że wymyślił coś takiego, jak alkohol, bo na pewno jego iloraz inteligencji musiał być znikomy. 

- Dziewczyny, nigdy więcej nie tknę procentów - wzdycha Weronika.
- A ja to chyba nawet dobrze nie wytrzeźwieję, a będę drugie pić... - Karolina przeciągnęła się i miała zamiar wstać, ale od razu złapała się za głowę i z powrotem się położyła.
- O czym ty mówisz? - obie spojrzałyśmy na nią podejrzliwie.
- A to nie mówiłam Wam? - kręcimy przecząco głowami. - Mariusz zaprosił mnie na wesele swojej przyjaciółki jako osobę towarzysząca... No i się zgodziłam i w sobotę idę się bawić, a właściwie to jadę, bo to w Zielonej Górze będzie...
- I teraz mi to mówisz?! Przecież ciebie na Sylwestra w domu nie będzie, a z Michałem chcieliśmy zaprosić ciebie, Mariusza, Agę, Pawła i Lenkę, a teraz to nici... Ale może nawet to dobrze - już widzę ten błysk w oku Weroniki, co jest spowodowane tym, że coś wymyśliła. - Będziecie mieli więcej czasu tylko dla siebie...
- Zamknij się waria... - nie dokończyła, bo przerwał jej telefon, który zaczął dzwonić. - Tak, słucham. ... Ale na co gotowa? ... O kurwa. Mariusz ja jestem u Agi w mieszkaniu, weź po mnie przyjedź, pojedziemy do domu, spakuję się i już ruszamy, dobra? ... To czekam, już na ciebie. ... No pa... - zakończyła rozmowę. - Dziewczyny ja się będą zbierać. Mariusz już jedzie. Aguś mogę z łazienki skorzystać? 
- Jasne, że tak. Chcesz może jakieś ciuchy na zmianę?
- Czytasz mi w myślach, normalnie was kocham dziewczyny - krzyknęła już z łazienki, a nam na twarz wkradł się uśmiech.
- Myślisz, że z tej dwójki, to może być coś więcej?
- Jeśli Mariusz zrobi jej choć malutką krzywdę, to zabiję. Jeśli oni nie będą razem, to mi tu - wskazała na swoją dłoń - kaktus wyrośnie - zaśmiała się.
- No popatrz, co ta miłość z człowiekiem robi. Pamiętasz jak w kwietniu całe nasze życie, to było jedno wielkie bagno? A teraz wszystkie jesteśmy szczęśliwe.
- Mamy po prostu cholerne szczęście, Aguś...


Mariusz

Trafienie pod właściwy adres mieszkania Agi trochę mi zajęło, ale na szczęście nie musiałaś na mnie czekać. Szybko pojechaliśmy do Ciebie, spakowałaś się i ruszyliśmy w drogę do Zielonej góry. Przez pierwszą godzinę byłaś wesoła i cały czas się śmieliśmy z opowiadanym historii. Było mi tak dobrze, jak jeszcze z nikim, a zazwyczaj nie lubię jeździć z kimś, bo ma jakieś zastrzeżenia do prędkości, z którą jadę, ale ty nie masz żadnych. Ufasz mi...

Przed chwilę zasnęłaś. Wyglądasz tak słodko, delikatnie. Nie rozumiem, jak Twój były już na szczęście chłopak mógł Cię skrzywdzić? Jak mógł zmuszać Cię do czegoś, czego nie chciałaś? JA mógł  być takim padalcem i wypuścić Cię ze swoich rąk? Ja nigdy bym tak nie postąpił, gdyby taka dziewczyna jak ty, mnie kochała. Starałbym się o ciebie cały czas. A na pewno bym Cię w taki sposób nie skrzywdził, ale przecież, nie jesteśmy razem, żebym mógł tak myśleć...

Kilka godzin później, po małym postoju na stacji, jesteśmy już pod hotelem, w którym wszyscy przyjezdni goście będą mieszkać oraz odbędzie się tutaj całe przyjęcie weselne. Budynek nie wygląda na zwykły hotel, lecz na jakiś kilku gwiazdkowy. Ale co się dziwić. W końcu rodzice Ewy wszystko muszą mieć najlepsze, a że stać ich na to, więc starają się jej dogodzić wszystkim. Ona jednak nie zmieniła się pod wpływem pieniędzy, lecz pozostała taka, jaką ją poznałem.

- Karolina, budzimy się... Jesteśmy już na miejscu.
- Już...  - przeciągasz się i oboje wychodzimy z samochodu. - Yyy... Ta Twoja była to chyba bogatych rodziców ma, nie? Kurcze, chyba pierwszy raz jestem w takim hotelu. Mariusz, imponujesz mi - śmiejesz się.
- Dobra idź już, a ja wezmę nasze walizki - biorę bagaże i wchodzę za Tobą do wielkiego holu. podchodzimy do recepcji. Witamy się z ładną blondyneczką, która tu pracuje i prosimy o klucze do naszych pokoi.
- Klucze? Mam tutaj napisane, że na nazwisko Wlazły ma być tylko jeden apartament - odpowiada niejaka Kasia, przynajmniej tak ma napisane na plakietce.
- Apartament? Ale łóżka dwa w tym apartamencie są, prawda? - pytasz się jej.
- Jest tylko jedno dwuosobowe... Czy zaszła jakaś pomyłka? Przykro mi, ale tak nam pani Ewa z panem Markiem wszystko podali. Przepraszam, ale nie mogę nic na to poradzić.
- Dobrze, niech już będzie, najwyżej będziesz na podłodze spał...- śmiejesz się ze mnie - Niech nas pani zamelduje.

Od teraz już wszystko poszło bez problemów. Wjechaliśmy windą na trzecie piętro, dotarliśmy pod odpowiedni 36 numer pokoju i weszliśmy do niego. Gdy tylko zdążyłem postawić nasze walizki, Ty już znałaś całe nasze cztery kąty na ten weekend na pamięć. Położyłem się na naszym wspólnym łóżku i patrzyłem na ciebie, na to jak krzątasz się, rozpakowując swoje rzeczy. Cały czas się śmiejesz, a mi się cholernie to podoba.

- Długo ci jeszcze z tym zejdzie - pytam.
- Nie... Właściwie to już skończyłam - mówisz chowając walizkę.
- No to super. Chodź zejdziemy do restauracji na kolacje rodzinną.
- Kolacje rodzinną? A co to niby jest? Przecież ani ja ani ty nie jesteśmy rodziną dla pary młodej.
- Tak się tylko mówi. Będą tam wszyscy goście, którzy są już na miejscu. Idźmy już, bo głodny jestem - łapię Cię za rękę i schodzimy na dół.

Tak jak myślałem, wszyscy już są, oprócz przyszłej pary młodej. Siadamy na nasze miejsca, które umieszczone są przy krzesłach moich rodziców. Dlaczego zostali zaproszeni? Od zawsze przyjaźnili się z rodzicami Ewy, a dla niej byli jak ciocia i wujek, a nawet po naszym zerwaniu postanowili utrzymać dobry kontakt. Przedstawiłem Cie im, na co zareagowali bardzo pozytywnie. Spytali od kiedy jesteśmy razem.

- Właściwie to... - przerywasz mi o mówisz.
- ... jesteśmy ze sobą od świąt - uśmiechasz się grzecznie do rodziców.

Od tego momentu atmosfera się ociepla i schodzi ze mnie stres. Co chwilę wybuchamy śmiechem, tak że parę osób patrzy na nas jak na dziwnych ludzi, ale nas to nie obchodzi. Po dwóch godzinach wracamy już do pokoju. Ja postanawiam obejrzeć telewizję, a ty bierzesz kąpiel, która trwa już blisko dwie godziny. Gdy wreszcie wychodzisz, biorę szybki prysznic i zmierzam do sypialni.

- A ty gdzie? Przecież powiedziałam, że będziesz na podłodze spał.
- Myślałem, że żartujesz...
- Nie żartuje... Patrz nawet Ci już koc i poduszę ułożyłam - wskazujesz rękę na miejsce pod szafą.
- Karolina...
- Dobranoc.

Nie pozostaje mi nic innego, jak położyć się chociaż na kanapie, byleby tylko się chwilę przespać i być na jutro wypoczęty. Gdy już prawie śpię, słyszę Twoje kroki i cichy głos.

- Mariusz, ja żartowałam... - otwieram oczy. -  Chodź do łóżka, przecież zmieścimy się oboje - śmiejesz się. Chwytasz mnie za rękę i ciągniesz do sypialni, sama kładziesz się po jednej stronie, a mi każesz po drugiej.
- Chyba należy mi się jakieś przepraszam, nie? - mówię, leżąc już w łóżku.
- Przepraszam - mówisz szeptem i przysuwasz się do mnie.
- O nie. Tak dobrze to nie ma. Tutaj poproszę - wskazuję na swój policzek, w który już po chwili mnie całujesz i układasz się blisko mnie, kładąc głowę na mojej klatce piersiowej. Zaskakujesz mnie tym, ale nic nie mówię, tylko obejmuję cię ramieniem. - Dziękuję za to, że powiedziałaś rodzicom, że jesteśmy razem, nawet jeśli to kłamstwo.
- Nie ma za co... Mariusz ja na prawdę lubię z Tobą gadać, ale teraz proszę, zamknij się już i śpij!


~*~*~
Powoli sama się zawodzę tym opowiadaniem :( Przepraszam, że dopiero teraz, ale jakoś tak mi się nie chce już tego pisać i dlatego takie opóźnienia. Zdecydowanie inaczej jest z To tylko siedem dni, Kotku gdzie pojawił się już 2 rozdział oraz z Przeszłością gdzie pojawił się 15 rozdział. Nie wiem czy sobie tego nie odpuścić i zająć się czymś innym, bo chyba porwałam się z motyką na słońce, biorąc się za taką historię.
Być może zauważyłyście, że zmienił się trochę wygląd tego bloga. W tle jest mój własny rysunek, który wykonałam już dawno temu, a że teraz chciałam coiś zmienić, to oto znalazł się na blogu. :D Być może zmieni się jeszcze coś, ale wolę nie zapeszać :p
A tak na poważnie, to zapraszam Was serdecznie na Opowiadania o blogi o sportowcach Dziewczyny robią dobrą robotę i nic za to nie chcą :D
Pozdrawiam serdecznie,
Dzuzeppe :*
Mam nadzieję, że za tydzień znowu się tu zobaczymy :)